Actions

Work Header

Czy pójdziesz ze mną przez piekło?

Summary:

Podczas oblężenia twierdzy Suchdol nie tylko żołnierze stawiają czoła najtrudniejszym bitwom – na wewnętrznym dziedzińcu trwa walka o życie rannych, zmagania z niewidzialnym wrogiem, jakim są głód, zmęczenie i traumatyczne wspomnienia z przeszłości. To także czas konfrontacji z własnymi emocjami. To one popychają Katarzynę do szukania pocieszenia u Żiżki i wyznania mu uczuć.

Notes:

Otworzyłam wór z prezentami, w którym kryją się świąteczne ficzki. Hohoho! Moonn7, mam nadzieję, że ten ŻiżKat sprawi Ci radość.

George i Michael życzą wszystkim Wesołych Świąt!

Work Text:

Katarzyna otarła zapuchnięte, zaczerwienione od płaczu powieki. Na napiętych, zaróżowionych policzkach wciąż widniały ślady zaschniętych łez. Głód doskwierał jej tak jak wszystkim innym. Pusty żołądek nieprzyjemnie skręcał się pod naporem tego uczucia, a ona sama czuła się coraz słabsza. Na przemian z Musą doglądała rannych w lazarecie, dysponując zapasami medykamentów, które znikały w zastraszającym tempie. Katarzyna coraz bardziej obawiała się dnia, w którym będzie musiała decydować, kogo leczyć, a nad kim odmówić modlitwę i pozostawić jego los w rękach Boga. Niepokoiły ją również morale panujące w twierdzy – obecnie wyjątkowo niskie.

Sporządzona przez Musę zupa z butów zdołała jedynie nieznacznie ukoić ich morzone głodem żołądki; nie była to jednak uczta, której wszyscy tak wyczekiwali. Nietrudno było zauważyć, że Ptaszek znosił niedostatek najgorzej z nich wszystkich. Czart z kolei stał się bardziej drażliwy niż zwykle. Katarzyna widziała, jak spoglądał łakomym wzrokiem na należącego do Henryka psa, choć nic nie wskazywało na to, by rzeczywiście zamierzał zjeść Orzecha. Odkąd Henryk pokonał Czarta w pojedynku, uniemożliwiając mu spalenie wsi, atmosfera między nimi pozostawała napięta. W oblężonej twierdzy jedynie Orzech znajdował się w nieco lepszej sytuacji – przynajmniej potrafił upolować szczury.

Nie lękała się śmierci. Część jej samej umarła w chwili, gdy żołnierze Zygmunta zabili jej męża, a ona przedwcześnie straciła dziecko. Zaakceptowała fakt, że nie będzie już wiodła prostego życia, jak dawniej, gdy nosiła pod sercem nowe życie i wierzyła w spokojną przyszłość. Pogodziła się z myślą, że normalność nie jest jej dana. Wojna i pragnienie zemsty, do której spełnienia nie zdołała się nawet przybliżyć, zmieniły ją. Znalazła jednak sojuszników i zyskała przyjaciół. Ludzi, do których zdążyła się przywiązać, choć wcale tego nie pragnęła.

Opłakiwała dawną siebie – kobietę, która wiodła skromne i szczęśliwe życie u boku męża, czekając na narodziny upragnionego dziecka. Opłakiwała ukochanego mężczyznę, który oddał życie, by ich ocalić. Gorzkie łzy spływały jej po policzkach, gdy trzymała w ramionach ciało nienarodzonego dziecka. Opłakiwała poległych obrońców twierdzy Suchdol. Modliła się za tych, którzy wciąż trwali – gotowi walczyć do ostatniej kropli krwi. Prosiła Boga, by ich wrogowie nie zdołali odebrać jej kolejnych bliskich. Tego bała się najbardziej.

W jej pełnym goryczy sercu z czasem nieśmiało zakiełkowało nowe uczucie – miłość. Dotąd czuła ją tylko do jednego mężczyzny. Jan Żiżka, pomimo swojej krótkowzroczności, jawił jej się jako uosobienie męstwa, siły i odwagi. Dostrzegała, że pod szorstką postawą krył się błyskotliwy umysł i doskonały strateg – wódz, za którym wszyscy podążali. W tym także ona. Jan pozostawał oddany wojnie i gotowy zginąć w obronie swoich ideałów.

Otworzyła przed nim swoje serce, choć on zdawał się tego nie zauważać. Może poświęcił całe życie prowadzeniu kampanii, a może skrycie opłakiwał swoją pierwszą żonę. Mógł też nie darzyć jej niczym więcej niż sojuszniczą więzią i przyjaźnią. Odkąd proste życie, jakie wiodła, dobiegło końca, nie dopuściła do siebie żadnego mężczyzny. Nie była gotowa przyjąć kolejnego ciosu od losu – takiego, jak utrata następnego dziecka, gdyby było jej dane je począć.

Katarzyna wpatrywała się nieobecnym wzrokiem w przestrzeń przed sobą, gdy ktoś stanął nad nią. Henryk postanowił porozmawiać z nią, zanim opuści twierdzę. Wyjawił, że Żiżka opowiedział mu jej historię, przez którą stała się zaufaną sojuszniczką. Młodzieniec okazał jej zrozumienie i wsparcie, którego nie chciała tak łatwo przyjąć. Kowal brzmiał szczerze; jego współczucie było autentyczne. Wiedziała, że w Skalicy również stracił całą rodzinę, choć nie doświadczył utraty dziecka. Dla matki nie istniała większa tragedia. Zbyt łatwo było pomylić współczucie z litością. Nie chciała litości. Nie chciała czuć się bezsilna – a właśnie tak się teraz czuła. Mogła jedynie próbować utrzymać rannych przy życiu, choć zapasy medykamentów były na wyczerpaniu. Mogła dalej ronić łzy i czekać na odsiecz albo na śmierć z głodu. Na śmierć z rąk żołnierzy nie zamierzała jednak czekać – wiedziała, co czekałoby ją jako kobietę. Postanowiła odebrać sobie życie, jeśli armia wroga przedrze się na wewnętrzny dziedziniec.

Henryk wyznał jej, że musi jeszcze z kimś porozmawiać, zanim odejdzie. Wiedziała, że chodziło o młodego Jana Ptaszka. Trudno było nie dostrzec jak Henryk troszczy się o niego. Nie znała nikogo, kto byłby w stanie poruszyć niebo i ziemię dla jednego człowieka tak, jak potrafił to on. Katarzyna potrafiła rozpoznać prawdziwą miłość między dwojgiem ludzi, nawet jeśli przeczyła temu, co zwykło uchodzić za naturalny porządek rzeczy. Patrząc na oddalającą się sylwetkę kowala, pragnęła, aby mężczyzna, którego sama pokochała, był teraz przy niej i otoczył ją ramionami, obdarzając podobną troską. Na to jednak potrzeba było odwagi.

Przez wszystkie targające nią uczucia przebiło się nowe – złość. Złość, która utwardziła jej spojrzenie, nie była skierowana ku Henrykowi. On nie zrobił nic złego. Starał się przynieść odrobinę pociechy tym, którzy byli mu bliscy, a jednocześnie zamierzał narazić własne życie, podejmując się samobójczej misji. Katarzyna nie potrafiła przyznać, że Żiżka postępował właściwie. Sprzeciwiała się wysyłaniu dwóch młodzieńców poza mury obleganej twierdzy, choć decyzja ta nie należała do niej – to Henryk i Samuel zgłosili się na ochotników. Jan mógł działać w przekonaniu, że czyni słusznie, wyjawiając Henrykowi to, co ją spotkało. To do niej powinna należeć decyzja, czy, kiedy i komu zwierzy się ze swoich przeżyć. Czuła, że Jan odebrał jej prawo wyboru. Nie ulegało wątpliwości, że to nie Henryk powinien przed nią stać i próbować dodać jej otuchy, lecz Jan Żiżka. Katarzyna miała wrażenie, iż należał on do tych ludzi, którym o wiele łatwiej przychodzi stanięcie oko w oko z uzbrojonym wrogiem niż rozmowa sam na sam z kobietą o czymkolwiek niezwiązanym z wojną.

Odgarnęła z czoła zbłąkane kosmyki włosów, przerzuciła warkocz na plecy i ruszyła w stronę zamku, czujnie wypatrując Jana. Na wewnętrznym dziedzińcu jednak go nie zastała, więc była zmuszona wspiąć się po drewnianych schodach. Gdy to zrobiła, znalazła się w zamkowym korytarzu. Ostatecznie, po sprawdzeniu kilku komnat, zastała mężczyznę w jadalni. Stał zwrócony twarzą do okna, trzymając splecione dłonie za szerokimi plecami. Dźwięk otwierających się drzwi sprawił, że obejrzał się przez ramię. W zaskoczeniu uniósł brwi, gdy w pomieszczeniu rozległ się ostry trzask. Zmarszczka przecinająca jej czoło i gniewne spojrzenie zaczerwienionych od płaczu oczu nie wróżyły nic dobrego. Jan nie potrafił określić, co tym razem wstąpiło w tę niewiastę.

— Katarzyno! Henryk był z tobą? O czymś żeście mówili? — zwrócił się do niej zaskoczonym, choć wciąż chłodno opanowanym tonem. Odkąd wyjawił młodzieńcowi jej historię, minęło niespełna dziesięć minut. Jan nie potrafił pozbyć się wrażenia, że Henryk stał się jej bliski. Może kogoś jej przypominał. Może go zwyczajnie polubiła. To właśnie to przekonanie skłoniło go, by zachęcić chłopaka do rozmowy z nią, zanim odejdzie. Kowal nie wydawał się zbyt lotny, jeśli chodziło o rozmowy z niewiastami.

— Przyszedł się pożegnać przed opuszczeniem twierdzy. Dlaczego pytasz? — odparła gniewnym tonem Katarzyna, splatając dłonie na podołku.

— Chciałem, by z tobą porozmawiał… wydawało mi się, że darzysz tego młodzieńca sympatią — wyznał prostodusznie Żiżka, gdy odwrócił się już w jej stronę.

— I dlatego, że ci się wydaje, opowiedziałeś mu o mojej przeszłości? — warknęła Katarzyna, po czym zsunęła z prawej stopy pantofel i zaraz się po niego schyliła.

— Przeżyliście coś podobnego… oboje straciliście rodziny i pragnęliście zemsty — Żiżka próbował uargumentować swoje działania. — Ale nie tylko dlatego…

— Żiżka! Decyzja o tym, kto pozna prawdę o tym, co mnie spotkało, powinna należeć do mnie. Nawet nie próbuj zaprzeczać! — zawarczała ponownie, rzucając w Jana swoim pantoflem. Na szczęście dla mężczyzny był wykonany z cienkiej skóry i miękkiego materiału, więc nie mógł wyrządzić mu krzywdy. — Wyjaśnij mi więc, dlaczego wielki przywódca, którym jesteś, chowa się za plecami młodzika, gdy trzeba spojrzeć kobiecie w oczy! Czy naprawdę nie widzisz, że to nie Henryka potrzebuję? Jesteś tak skupiony na prowadzeniu wojny i utrzymaniu tego zamku, tak bardzo ślepy, że nie dostrzegasz tego, co do ciebie czuję! Co jeszcze muszę zrobić, byś zauważył, że jesteś mężczyzną, którego pokochałam?! — Katarzyna znów dała upust złości, jaka w niej wezbrała, nawet nie próbując nad sobą panować.

Była gotowa sięgnąć po drugi pantofel i rzucić nim w mężczyznę, którego starała się zdobyć, czasem uciekając się do kobiecych sztuczek – jak głęboki dekolt, którym potrafiła zwrócić uwagę – ale przede wszystkim wspierając go na każdym kroku, często narażając własne życie. Nie dopuściła do siebie żadnego mężczyzny od dnia, w którym straciła rodzinę, lecz z Żiżką w Czarciej Norze spała w jednym łóżku. Przy nim czuła się wystarczająco bezpieczna, by pozwolić sobie na tak bliską obecność – i nawet Czart, obecny w tym samym pomieszczeniu, nie zmieniał tego uczucia. Jan respektował jej granice i nie wymuszał na niej bliskości. Ta decyzja również należała do niej.

— Ja… nie chciałem, by Henryk wypytywał cię o to i litował się nad tobą. Katarzyno, co w ciebie wstąpiło? — Jan zawahał się pod wpływem jej gwałtownej reakcji. Starał się przekonać ją, by uwierzyła, że kierowały nim dobre intencje. Nawet nie przyszło mu do głowy, by zaprzeczać. Zaskoczony uniósł brwi i szerzej otworzył oczy, gdy miękki but uderzył go prosto w pierś okrytą pancerzem, po czym opadł na podłogę. Katarzyna nigdy wcześniej nie zachowywała się w ten sposób, lecz Żiżka starał się uznać, że jej wybuch był powiązany z sytuacją, w jakiej wszyscy się znaleźli, oraz z traumą, którą nosiła w sobie. — Katarzyno… wiesz, że wojna odebrała mi żonę, ale… ja również cię pokochałem. Zasługujesz na więcej niż życie u mego boku. Nie mogę dać ci stabilizacji, jakiej powinnaś doświadczyć jako kobieta – domu, męża i dzieci, zamiast nieustannej tułaczki od obozu do obozu, od bitwy do bitwy. Nie potrafię obiecać ci, że przeżyjesz u mego boku spokojne życie i odejdziesz ze starości, otoczona bliskimi ani że nie doznasz już więcej krzywd — powiedział Żiżka, unosząc bezradnie ręce i marszcząc brwi. Śmierć pierwszej żony była raną, która nigdy się w nim nie zabliźniła.

Nie chciał po raz kolejny dźwigać ciężaru pochowania kobiety, którą pokochał – drugiej Katarzyny. Jeśli żołdacy Zygmunta przełamią ich obronę, a Henryk nie dotrze na czas do obozu Jobsta, wszyscy zginą. O ile wcześniej nie skonają z głodu. Katarzyna zasługiwała na życie, które jej odebrano. Z obserwacji – a może bardziej z własnych przekonań – Jan sądził, że to Henryk mógłby okazać się dla niej odpowiednim towarzyszem: młodszy, pełen sił i równie jak ona tęskniący za ustabilizowaniem losu po wszystkim, co go w życiu spotkało. Teraz zaczynał rozumieć, że choć Katarzyna zdawała się lubić Henryka – który być może również jej kogoś przypominał – to nie postrzegała go jako odpowiedniego kandydata na męża. Docierało do niego także, że sam kowal nie wydawał się zainteresowany Katarzyną w taki sposób, w jaki mężczyzna powinien być zainteresowany kobietą.

— Zignorowałeś to, że nie chciałam, by ktokolwiek wiedział o tym, co mnie spotkało! Henryk nie rozmawiałby ze mną o tym, gdybyś uszanował moją wolę. Nie okazał mi litości, tylko szczere współczucie. Ty tymczasem skryłeś się w tej izbie, podczas gdy my walczymy o życie każdego rannego, a niektórzy z nas ryzykują, wyruszając po wsparcie przez ziemie przejęte przez wroga. Nie mamy żywności, a medykamenty lada chwila się skończą. W każdej chwili prażanie mogą przebić się przez te mury. A wszystko przez to przeklęte srebro! — zakrzyknęła Katarzyna, stając na jednej nodze i odsłaniając zgrabną kostkę, gdy zsuwała drugi but ze stopy. Cisnęła pantoflem w stronę mężczyzny, lecz tym razem chybiła – uderzył w ścianę tuż pod ramieniem Żiżki. — Ty… ośle! Nie jestem już tą samą kobietą, za którą mnie wciąż uważasz. Pogodziłam się z tym, a teraz ty musisz to zaakceptować! Wojna nie będzie trwać wiecznie… jeśli przetrwamy to oblężenie, nadejdzie w końcu moment, w którym będziesz musiał odłożyć miecz i stworzyć coś nowego – ze mną, jeśli tego zapragniesz. A jeśli znów wyruszysz na wojnę, podążę za tobą. Nie zostanę jedną z tych kobiet, które tylko czekają na powrót ukochanego. Potrzebujesz mnie. Czyż nie udowodniłam, że jestem wprawnym szpiegiem? Zabiłam człowieka, by wydostać was z lochu w Troskach. Potrafię narażać własne życie nie mniej niż wy, mężczyźni — kontynuowała podniesionym głosem, szybkim krokiem pokonując dzielącą ich odległość, skoro Jan stał bez ruchu i nic nie wskazywało na to, by zamierzał drgnąć. Katarzyna zatrzymała się tuż przed nim, unosząc brodę, by spojrzeć mu wyzywająco w oczy. Rysy jej twarzy były napięte od targających nią emocji, a spierzchnięte wargi zaciskała tak mocno, że aż pobielały. Uniosła dłoń i wbiła serdeczny palec w pierś Żiżki.

— W wojnie nie zawsze myśli się o granicach. Działa się szybko. Źle oceniłem sytuację. Skrzywdziłem cię. Ja… wybacz mi, Katarzyno. Wszyscy musimy wypełniać swoje role. Jeśli im się to uda, będę ostatnim człowiekiem, który odda życie za ten zamek — przyznał cicho Żiżka, zaciskając szczękę. Przy Katarzynie poczuł się wręcz bezbronny – kobieta nie była uzbrojonym w miecz żołdakiem, a jednak wszystkie wymierzane przez nią ciosy sięgały znacznie głębiej niż jakikolwiek oręż. Pod okazałym, pokrytym krwią pancerzem poczuł się mały. Na jego barkach spoczywał ciężar dowodzenia – jako człowieka, który zamierzał bronić twierdzy do ostatniego żołnierza. Jeśli ostatnia linia obrony zawiedzie, a prażanie się przebiją, zabierze ze sobą tylu, ilu zdoła. Nie dlatego jednak zaszył się w tym pomieszczeniu. Nawet on miewał chwile zwątpienia. Był wyczerpany, dręczył go głód tak samo jak innych. A jednak był dowódcą i musiał utrzymywać pozory. Łatwiej było uchodzić za kogoś niestrudzonego, kto planuje kolejne działania, niż za człowieka pragnącego odpoczynku i miski pożywnej zupy. — Jesteś godną podziwu niewiastą. Silną kobietą, którą chciałbym mieć u swego boku. Wojna mnie ukształtowała i zabrała tak wiele. Jeśli zostaniesz przy mnie, zobaczysz jedynie to, co z niej pozostało. Nie mogę zagwarantować ci, że zdołam zapuścić korzenie ani że cokolwiek będzie łatwe — Żiżka odparł w końcu niskim, stłumionym głosem. Przeniósł na nią spojrzenie, w którym nie było chłodu dowódcy, lecz zmęczenie mężczyzny rozdartego między własnym pragnieniem a poczuciem obowiązku.

Wojna była paskudną sprawą. Niejednokrotnie widział, co czyniła z mężczyznami wracającymi do domów – często okaleczonymi fizycznie, z ranami na duszy. Ciągły ból, koszmary senne i alkohol, oferujący złudne ukojenie. Niemożność odnalezienia się w nowej, powojennej rzeczywistości. W snach nawiedzały go wspomnienia i twarze poległych towarzyszy. Pamiętał oblicze każdego mężczyzny, którego własnoręcznie pozbawił życia. Nie był jednak w stanie zapamiętać twarzy wszystkich tych, którzy zginęli na jego rozkaz – czyichś synów, braci i mężów. Nie oznaczało to jednak, że nie prześladowali go w snach. Widywał martwych za życia ludzi, dla których jedyną ucieczką był gruby sznur. To była cena, którą wszyscy płacili. Odetchnął ciężko, po czym uniósł ręce i położył dłonie na jej ramionach.

— Wybaczenie nie jest czymś, co można wyprosić jednym zdaniem, ale słyszę, co mówisz. Jestem kobietą zdolną wypełniać wiele ról. Chcę, żebyś wiedział, że jeśli do tego dojdzie, nie pozwolę, by mnie ponownie pohańbiono — Katarzyna odparła cicho, przyjmując przeprosiny.

Żiżka skrzywdził ją, bo uznał, że wie lepiej. Musiała postawić granicę. Od niego nie oczekiwała wielkich słów, jakie potrafił kierować do ludzi, którzy dla niego walczyli i ginęli, lecz czynów – takich, do których potrzeba było odwagi innego rodzaju. Pragnęła, by otworzył przed nią swoje serce, właśnie teraz, gdy nadchodzące dni miały zdecydować o ich losach. Wyjawiła mu swoje postanowienie – na wypadek, gdyby spełnił się najgorszy scenariusz.

— Słyszę, co mówisz – więc teraz ty mnie usłysz. Nie opuszczę cię, Janie. A jeśli przeżyjemy, poradzimy sobie ze wszystkim, co przyniesie przyszłość — zapewniła stanowczo. Zarzuciła ramiona na szyję mężczyzny i stanęła na palcach, by połączyć ich usta w ostrożnym, czułym pocałunku. Przymknęła powieki, czując, jak pod nimi zbierają się łzy, i uniosła prawą stopę.

Żiżka nieco nieporadnie odwzajemnił pocałunek, łaskocząc jej twarz sumiastymi wąsami. Dłońmi ujął jej policzki, kciukami ścierając spływające po nich łzy. Gdy ich wargi się rozdzieliły, zamknął Katarzynę w objęciach. Oparła policzek na jego piersi. Nie było potrzeby używania słów – wszystko, co miało zostać powiedziane, już wybrzmiało. Z wyczuciem przesuwał dłonią po jej włosach, czasem muskając je ustami.

Series this work belongs to: