Work Text:
Początkowo, Zosia nie zorientowała się, co się zmieniło. Obudziła się sama, w pustym pokoju, leżąc na łóżku, otoczona poduszkami. Przeciągnęła się i uśmiechnęła, lecz po chwili zmarszczyła brwi. Jak się tu znalazła? Jej myśli płynęły wolniej niż zwykle. Carol… Carol poprosiła ją, by wróciła, więc Zosia przyjechała. Spróbowała skupić się na wspomnieniach wczorajszego dnia, a przez jej głowę przeszła fala bólu. Coś było nie tak.
— Carol? — Rzuciła w przestrzeń.
Potarła rękoma twarz i wtedy zrozumiała, co było nie w porządku. W jej głowie panowała cisza. Została sama.
Z jej gardła wydobył się krzyk rozpaczy.
*
Kilka następnych dni zlewało się w jedną całość. Większość czasu Zosia spędziła leżąc w łóżku i gapiąc się w sufit. Na przemian spała, płakała i jadła posiłki, które wmuszała w nią Carol. Widziała zmartwienie na twarzy swojej opiekunki i chociaż smuciło ją ono, jej żałoba przytłaczała ją tak bardzo, że nawet przemożna potrzeba zapewnienia Carol szczęścia nie była wystarczająca.
Tęskniła za tym cudownym uczuciem spokoju, nieludzkim oderwaniem od rzeczywistości, prostym szczęściem, jakie dawało im złączenie. Opłakiwała stratę.
*
Po tygodniu zebrała się na tyle, by wstać z łóżka i zacząć funkcjonować na własną rękę. Snuła się po domu Carol, sunąc opuszkami palców po ścianach.
Powoli wracała do rzeczywistości, do bycia indywidualną jednostką, a jednak nic nie było już takie jak wcześniej. Świat był bardziej szary i smutny.
Czasami widywała Carol i Manousosa pochylonych do siebie głowami, prowadzących przyciszone rozmowy, które urywały się, gdy podchodziła. Nie wiedzieli jak z nią rozmawiać. Pytali jak się czuje, czy czegoś potrzebuje, czy mogą jej jakoś pomóc? Zbywała ich, kręcąc głową.
Nie odzywała się. Chociaż próbowali do niej mówić, Zosia uparcie milczała. Nie była gotowa.
*
Nie potrafiła już określić kim była. Z pewnością nie była tą sama kobietą co przed złączeniem. Chociaż odzyskała swoją indywidualność, w jej umyśle pozostały miliony wspomnień. Większość z nich szybko wyblakła czy wręcz zniknęła z jej głowy. Większość.
Zosia była teraz skarbnicą wiedzy o Carol Sturce.
Miała wspomnienia dotyczące Carol od każdej osoby, która była częścią jedności. Widziała Carol jako małą dziewczynkę, nastolatkę i młodą kobietę. Z długimi włosami, krótkimi, chorą, zdrową, szczęśliwą, smutną, płaczącą, nachylającą się do pocałunku, śmiejącą się, śpiącą, pomalowaną, pijącą, piszącą.
Widziała to wszystko i czuła emocje, które odczuwały osoby, do których te wspomnienia należały. Czuła wdzięczność, szacunek, podziw, przyjaźń, czuła niechęć, złość czy zazdrość. Przede wszystkim jednak czuła miłość. Miłość nielicznych przyjaciół Carol, jej fanów, niektórych członków jej rodziny i miłość Helen.
Jednak w całym tym oceanie uczuć odkryła również coś, czego się nie spodziewała. Kropelkę uczucia, dla którego nie znalazła innego źródła, niż ona sama.
*
Zosia doszła do wniosku, że racjonalne byłoby nienawidzenie Carol. Nikt nie mógłby jej za to winić. Prawie przez nią zginęła i to dwukrotnie! Normalnym zachowaniem byłoby nienawidzenie Carol, za to co stało się z jej ciałem, w momencie, gdy nie mogła o nim decydować, nie tak naprawdę.
Lecz Zosia nie potrafiła jej nienawidzić.
*
Pierwszą osobą, do której odezwała się po rozłączeniu nie była Carol, lecz Manousos.
Podziękowała mu.
Chociaż wciąż opłakiwała utratę jedności, wiedziała, że powinna być mu wdzięczna. W pewnym sensie już wtedy była.
*
Manousos nie czekał potem zbyt długo, by wypytać ją o wszystko. Zadawał jej szczegółowe pytania, na które odpowiadała najlepiej jak potrafiła.
Gdy zapytał co pamięta, powiedziała mu o cudzych wspomnieniach i emocjach.
Nie wyjaśniła tylko, kogo dotyczą.
*
Zosia unikała Carol.
Widziała tęsknotę na twarzy swojej gospodyni i przerażała ją ona. Nie wiedziała jak powinna się czuć w związku z emocjami i wspomnieniami, które teraz posiadała i nie wiedziała jak miałaby z nią rozmawiać. Łatwiej było ją ignorować.
*
Zosia tęskniła za Carol.
Chociaż jej umysł był pełen drugiej kobiety, chociaż jej skóra była oznaczona śladami, które zostawiła, śladami, które zostaną z nią już na zawsze, Zosia tęskniła za Carol.
To powinno być proste, wystarczyłoby podejść do niej i zacząć mówić, prawda?
Czasami pragnęła w ogóle nic nie mówić, po prostu dotknąć jej twarzy, nachylić się i ją pocałować, powtórzyć ruch, który wykonała już tyle razy.
Dopiero po chwili przypomniała sobie, że to nie ona, lecz Helen mogłaby tak zrobić. Helen, której ciało spoczywało w ogrodzie, a której wspomnienia Zosia nosiła w głowie.
*
Gdy Zosia w końcu odezwała się do Carol, minął już ponad miesiąc od jej oswobodzenia.
Obyło się bez wielkich wyznań, czy wyciskających łzy pojednań. Nie były pojednane. Tak naprawdę, Zosia nie wiedziała, czy kiedykolwiek będą.
Od czegoś trzeba było jednak zacząć, więc wykonała pierwszy krok.
— Dziękuję. — Wyszeptała do Carol, gdy ta pewnego wieczora przyniosła jej kolacje.
Carol uśmiechnęła się szeroko, pierwszy raz od dawna.
*
Spędzały ze sobą dużo czasu. Nie rozmawiały, mimo, że Zosia widziała jak bardzo Carol chciałaby się odezwać, poruszyć jeden z wielu problemów, które między nimi wisiały. Chociaż może to był po prostu jeden wielki problem?
Zosia nie była gotowa, a Carol nie naciskała.
W milczeniu siedziały razem na jej kanapie, oglądały kolejne odcinki Złotek i systematycznie opróżniały barek. Cóż, tak właściwie, to głównie Carol go opróżniała. Zosia marszczyła brwi na każdą kolejną szklankę, lecz nic nie mówiła. Jeszcze nie.
Chodziły razem na spacery po Albuquerque i podziwiały naturę, zwiedzały opuszczone miasto i badały puste galerie handlowe. Rozbijały okna piłeczkami golfowymi i ścigały się drogimi samochodami.
Zosia sporo się wtedy śmiała.
*
To Carol przerwała ich cichą zgodę.
— Zosiu — powiedziała — Zosiu, chciałabym z tobą porozmawiać.
Dreszcz strachu przeszył Zosię, lecz skinęła głową. Powinny były porozmawiać już dawno. Były to sobie winne.
— Zosiu. Należą ci się przeprosiny, a i one nigdy nie wystarczą. Skrzywdziłam cię, wykorzystałam to w jakim stanie byłaś, zrobiłam coś niewyobrażalnego i... Nie potrafię po prostu przejść z tym do porządku dziennego, ja-
Carol przerwała i wzięła głęboki oddech.
— Próbuję powiedzieć, że nie rozumiem jak w ogóle możesz udawać, że nic się nie stało, funkcjonować jak, jak-
— Carol — przerwała jej Zosia — Przestań, proszę.
Jej rozmówczyni gwałtownie zacisnęła wargi, Zosia mogła zobaczyć łzy zbierające się w jej oczach.
— Carol — powtórzyła — Ja nie widzę tego w taki sposób.
Zignorowała Carol, która już otwierała usta, żeby coś powiedzieć i mówiła dalej:
— Jesteś tak samo pokrzywdzona jak ja, jeśli nawet nie bardziej, nie, nie przerywaj mi! Wiem, że czujesz się, jakbyś mnie skrzywdziła, jakbyś zrobiła coś wbrew mnie, ale ja... W tamtym momencie tego chciałam!
— Zostać zraniona przez granat ręczny też chciałaś? Marzyłaś o dostaniu zawału, prawda?!
— Carol...
Carol podniosła głos:
— Czy ty siebie słyszysz? Sam fakt, że tego nie widzisz... Prawie cię zabiłam, rozumiesz? Dwa razy! I niezależnie od tego co próbujesz mi wmówić- niezależnie od... Zgwałciłam cię. Twoje ciało, ciebie!
— Carol...
— Nie, Zosia! To ty mi nie przerywaj! To nie ty tego chciałaś! Ta część ciebie, która była częścią tego popieprzonego kolektywu, czy jak to nazwać, wszyscy ci cholerni uśmiechnięci psychopaci, oni tak! Oni bardzo tego chcieli, z tym się zgodzisz! Ale ty? Osoba, którą jesteś? Którą byłaś? W to nie wierzę. Czy ty w ogóle lubisz kobiety?
Przerwała, by zaczerpnąć oddechu.
— Carol, posłuchaj mnie! Może masz racje, może bym się na to nie zgodziła, ale nie wiesz tego! Nie wiesz co by się stało, gdyby, gdybyśmy poznały się w zupełnie innych okolicznościach, gdyby wirusa nigdy nie było!
— Gdyby wirusa nigdy nie było, Helen- — Urwała i potrząsnęła głową.
Patrzyły na siebie w ciszy, która nagle zapadła. Obie wiedziały, co chciała powiedzieć. Gdyby wirusa nigdy nie było, Helen wciąż by żyła.
— Przepraszam. — Wyszeptała Carol i wyszła z pomieszczenia.
*
Czy Carol miała rację? Zastanawiała się Zosia, patrząc na beżowy sufit w swoim pokoju.
Czy racjonalizowała gwałt? Romantyzowała go? Doświadczała syndromu sztokholmskiego? Powinna być zła, prawda? Została... wykorzystana. Dlaczego więc wcale się tak nie czuła?
Bo obie były ofiarami. Taka była prawda. Czy to usprawiedliwiało Carol? Prawdopodobnie nie. Lecz Zosia wciąż nie potrafiła jej obwiniać.
*
Słyszała cichy brzęk butelek w salonie. Mogła dokładnie wyobrazić sobie Carol siedzącą na kanapie, ze szklanką wódki, którą uzupełniała raz za razem. Widziała to już wiele razy. We wspomnieniach Helen i swoich własnych, nagromadzonych podczas jej pobytu.
Zamknęła oczy.
Planowała po prostu zignorować swoje pragnienie pomocy, schować głowę pod poduszką, tak jak wiele razy zrobiła to Helen, gdy dłużej nie potrafiła się spierać. Jak zrobiła to Zosia, gdy jej własne problemy przytłaczały ją za bardzo, by mogła pomóc komuś innemu. Nie miała siły na dalszą walkę.
Wtedy jednak usłyszała płacz.
Carol rzadko płakała. Jej smutek przejawiał się zazwyczaj wściekłością, agresją skierowaną do wszystkich wokół.
Zosia z powrotem otworzyła oczy.
Zdała sobie sprawę z tego, co robi, gdy była już na schodach. Wyszła z sypialni, skierowała się w stronę salonu. Był pusty, lecz szybko odnalazła Carol wzrokiem. Siedziała na zewnątrz. Zgarbiona, z pustą szklanką w ręku i w połowie opróżnioną butelką wódki w zasięgu, wpatrywała się w nagrobek Helen.
Zosia podeszła do niej cicho i usiadła obok.
Carol odwróciła głowę, a przez jej twarz przebiegł grymas bólu. Nie odezwała się.
Bardzo powoli, Zosia wyciągnęła rękę i odnalazła nią jej dłoń. Zacisnęła długie palce wokół nadgarstka Carol.
Siedziały tak w ciszy, nad grobem miłości życia kobiety, którą Zosia kochała. Nad grobem kobiety, której wspomnienia wciąż żyły w jej wnętrzu.
— Jest w tym coś tragicznie poetyckiego, nie sądzisz? — Spytała cicho Carol.
Zosia pokręciła głową.
— Wszystko będzie dobrze. — Powiedziała. — Coś wymyślimy.
Oparła głowę na ramieniu drugiej kobiety i dodała:
— Kocham cię.
— Ja ciebie też — wyszeptała w odpowiedzi Carol. — I to jest problem.
