Actions

Work Header

cause i'm too messi and i'm too lionel

Summary:

Znużony marazmem codzienności Lionel Messi wyrusza w podróż, która zmieni jego życie. Tak trafia przed wejście do lochu, gdzie rozwinie swoje umiejętności kulinarne. Tylko zaraz... dlaczego nadal jest tu sam?

Notes:

(See the end of the work for notes.)

Work Text:

cause i’m too messi

Mężczyzna nerwowo zerknął na zegarek, przestępując z nogi na nogę. Dobiegała godzina szósta, a on nadal samotnie tkwił koło bramy. Rozejrzał się wokół siebie – jak sięga wzrok, ni żywej duszy. Na ciemnym niebie pojawiały się pierwsze szare smugi zapowiadające nadchodzący brzask, coraz lepiej było widać przesuwające się leniwie chmury. Krajobraz zawieszony był w przejściu między chłodną, zimową nocą i porankiem, w którym już niedługo śnieg będzie mienił się ślicznie i srebrzyście.

Wróćmy jednak do początku, brzydko jest bowiem pozostawiać owego mężczyznę nieprzedstawionym, a historię niewyjaśnioną. Poza tym czas mija, a bohater chyba powoli zamarza – ma na sobie tylko koszulkę, spodenki i buty sportowe…

Nasz ciemnooki szatyn właśnie drapał się po czerwonym z zimna nosie. Był on zamarznięty do tego stopnia, że można by było przypuszczać, że zaraz odczepi się od twarzy i opadnie w zaspę.

– Puta mierda – mężczyzna splunął. Cóż za wulgarność! Nikt się chyba jednak temu nie dziwi, a przynajmniej dziwić nie powinien, znając powód jego gniewu. Otóż było to tak:

Lionel Messi od dawna nie był już biednym, nieporadnym chłopczykiem. Od małego miał w życiu tylko jeden cel – być najlepszym w swojej dziedzinie. Prowadziła go czysta i zimna potrzeba stanięcia na podium i zbicia zębów na złotym medalu. Wiedział, że mu się uda – tak wychowały go jego matki. Nie mógł ich zawieść, pracował w pocie czoła od rana do wieczora. Jego historia była dokumentowana w setkach czasopism, publikacji i ekranizacji. Imię piłkarza znał każdy na świecie. Właśnie teraz, kiedy osiągnął swój cel, zdał sobie sprawę z jednego błędu – na szczycie jest strasznie, strasznie samotnie.

Dlatego mężczyzna zapragnął od życia czegoś nowego. Nie mógł patrzeć w oczy swoich matek, które na każdej rodzinnej kolacji wbijały w niego smutne spojrzenia i obserwowały, jak ich ukochany syn marnieje w oczach i traci zapał do tego, co kiedyś było jego jedyną miłością. Tak bardzo chciały mu pomóc, kochane…

Piłkarz przez długi czas poszukiwał ścieżki, na którą mógł wkroczyć, aby zaspokoić swoje nowe potrzeby. Brakowało mu adrenaliny. Chciał zaznać tego uzależniającego uczucia, gdy świat dookoła wibruje i mieni się od barw, a w żyłach pulsuje krew, aż miło!

Kilka tygodni temu mężczyzna przeglądał komórkę w poszukiwaniu wycieczek zagranicznych. Chodziła mu po głowie przygoda nie z tej ziemi. Zdał sobie sprawę, jak mało Ziemi zobaczył i chciał – nie, musiał natychmiast! – naprawić swój błąd. Podróże do różnych krajów na turnieje i mistrzostwa nie dawały wiele okazji do zwiedzania… Znużony powtarzającymi się obrazkami i tandetnie brzmiącymi ogłoszeniami, już miał zablokować ekran, ale w ostatniej chwili zawiesił oko na niepozornym wpisie. Wyglądał dość podejrzanie – biały tekst na czarnym tle głoszący „poszukiwany kucharz na niebezpieczną wyprawę. Sowite wynagrodzenie i dobra zabawa” oraz numer telefonu nadawcy bardziej straszyły, niż zachęcały, ale jeśli Lionel Messi mógł się poszczycić jakąkolwiek zaletą, to była to właśnie odwaga. Nie wahał się więc i od razu zerwał się na równe nogi i już chciał się zabrać do pakowania, ale zdał sobie sprawę z niezwykle ważnej rzeczy.

– Zaraz, zaraz! Co ja robię! – wykrzyknął. – Przecież ja nie umiem gotować!

Nasz bohater mógł poszczycić się wieloma zaletami, zgadza się, jednak nie należało do nich przygotowywanie pysznych potraw; wręcz przeciwnie, piłkarz był w stanie przypalić garnek z wodą! Całe życie mógł liczyć na wsparcie swoich matek, a potem kucharek, które gotowały naprawdę pysznie, ale on sam nie był zainteresowany staniem godzinami w kuchni. Szczytem jego umiejętności było odgrzanie gotowego obiadu w mikrofali, więc jak miał podjąć się tak karkołomnego wyzwania? „Cholera, przecież nie dowiem się, dopóki nie spróbuję” – pomyślał i wpisał numer w komórkę, po czym nacisnął zieloną słuchawkę.

– Kto mówi? – z telefonu dobiegł niski, chropowaty głos. Lionel pomyślał, że brzmi on całkiem przyjemnie, ale zaraz się zreflektował.

– Dzień dobry, nazywam się… – w tym momencie mężczyzna dał sobie sprawę, że nie może podać swojego prawdziwego imienia, przecież na pewno zostanie rozpoznany. – Nikt. Nazywam się Nikt i chciałbym zgłosić się jako kucharz na wyprawę.

W słuchawce rozbrzmiał serdeczny śmiech.

– Panie Nikt, spada nam pan z nieba!

and i’m too lionel

Wróćmy zatem do teraźniejszości i podsumujmy wydarzenia. Nasz bohater, znużony samotnym i powolnym trybem życia, postanowił wybrać się na tajemniczą wyprawę, gdzie miał pełnić funkcję kucharza. Od razu po rozmowie z tajemniczym autorem ogłoszenia zadzwonił do matek i błagał je o pomoc – kobiety były zadziwione, ponieważ ich prawie 40-letni syn nigdy nie przejawiał zainteresowania gotowaniem, ale nigdy nie jest za późno na naukę! Po zaledwie kilku tygodniach Lionel umiał nie tylko ugotować wodę w garnuszku, ale wsypać do niej ryż lub makaron, odpowiednio je odcedzić i przygrzać sos. I voilà! Obiad gotowy. Miał tylko nadzieję, że to wystarczy, aby przekonać do siebie swoich współtowarzyszy.

Podróż przebiegła w ten sposób – na jego adres został dostarczony specjalny kamień, który po potarciu w odpowiedni sposób miał dostarczyć go w miejsce zbiórki. Piłkarz z radością pakował się przez ostatnie kilka dni, rozmyślając o nadchodzącej przygodzie. Do stu piorunów, dawno nie był tak podekscytowany! Przechadzał się po apartamencie sprężystym krokiem, zagarniając potrzebne rzeczy i wrzucał je do torby, niby piłkę do kosza. Kiedy w końcu nadeszła wigilia wyprawy, szatyn odział się w swój strój piłkarski – była to najbardziej oficjalna rzecz, jaką posiadał w szafie, a poza tym musiał mieć na sobie coś równie wygodnego, jak i reprezentatywnego. Z uśmiechem na ustach usłał łóżko i ułożył wygodnie głowę na poduszce – już jutro jego życie miało zmienić się bezpowrotnie.

Następnego ranka (choć „ranek” jest tu hojnym określeniem na godzinę czwartą, kiedy za oknem panuje mrok, a na ulicach nadal panuje cisza) Lionel wyskoczył z łóżka niczym sprężyna i począł czynić ostatnie przygotowania. Zjadł nawet pyszne śniadanie, przygotowane własnymi rękoma – och, nie mógł się doczekać, aż inni ludzie posmakują jego zwycięstwa nad płytą indukcyjną! Kiedy na zegarze wybiła minuta przed piątą trzydzieści, Lionel stał już na środku salonu, dzierżąc w jednej ręce swój dobytek, a w drugiej magiczny kamień. Potarł chropowatą powierzchnię raz w prawo i dwa razy w lewo – i zniknął.


Bardziej domyślni czytelnicy mogliby podejrzewać już, dlaczego bohater od przeszło pół godziny sterczał przed wejściem do jaskini i czekał na przybycie towarzyszy wyprawy. Być może kamień był wadliwy, a może to Lionel źle zapamiętał instrukcje i potarł go w nieodpowiedni sposób, zdając się na los i lądując w zupełnie innym miejscu niż to, które było mu przeznaczone?

Sam nasz bohater zapewne chciałby, żeby była to prawda, ale przed jaskinią, która – jak twierdził głos z ogłoszenia – była wejściem do lochu, gdzie miała odbywać się wyprawa, stał wbity pal z drewnianą tabliczką. Napis na owej tabliczce – „MIEJSCE ZBIURKI”. Lionel pomyślał z przekąsem, że jeśli autor ogłoszenia jest tak punktualny, jak wyspecjalizowany w ortografii, to nie ma na co liczyć i trzeba wracać do domu. Jednak tu następował pewien problem, o którym może wstyd nawet mówić – mężczyzna nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. Głos z telefonu nie podał mu szczegółów dotyczących miejsca wyprawy, powiedział tylko, że będą to „lochy”, ale – do diabła – kto jeszcze organizuje wyprawy do lochów? „Pal to licho, trzeba było siedzieć na dupie” – myślał Lionel. Jego nos był już z lekka siny, a palce nieprzyjemnie mrowiły. Tak w sumie, to zdawało się, że jest mu już bardziej ciepło, niż zimno. Prawdopodobnie zamarznąłby na śmierć, gdyby nie to, że nagle z daleka rozległ się krzyk:

– PANIE NIKT! PANIE NIKT, CZY TO PAN?!

Lionel zmrużył oczy – faktycznie, na horyzoncie jawiła mu się sylwetka, co prawda odrobinę niska, ale niezaprzeczalnie żywa. Postać zbliżała się żwawym krokiem i nadal krzyczała. W końcu dobiegła do naszego bohatera. Wtedy piłkarz zdał sobie sprawę, że stoi przed nim brodaty niziołek, być może nawet krasnolud. Jego zarost pokryty był śniegiem, a metalowy hełm cały oszroniał.

– Co za pogoda, hę, panie Nikt? Jak tu gotować? Cholera jasna, jak tu żyć? – zagadywał go przybysz, prowadząc za rękę do bramy lochu. U jego pasa zwisał pokaźny pęk kluczy, jednak nie miał on najmniejszego problemu ze znalezieniem tego jedynego, potrzebnego do otwarcia zamka. Pstryk – i byli w środku, gdzie czekały na nich setki schodów w dół. – No, to teraz będzie spacer. Panie Nikt, nie zimno panu? Pan tak w samej koszulce, może chce pan futro?

Lionel milczał. Nie z nieuprzejmości, nie tak go wychowano, ale sama dziwność sytuacji była wręcz przytłaczająca. W końcu jednak odnalazł język w gębie.

– Szanowny panie… – zdał sobie sprawę, że nie ma pojęcia, z kim rozmawia. Podejrzewał, że jest to sam jegomość z ogłoszenia, ale nie miał pewności.

– Senshi, jaśnie panie – odparł krasnolud. – Wybacz pan, że się nie przedstawiłem, ale tyle zamieszania z tą wyprawą, że ho-ho! Poza tym czekamy jeszcze na kilka osób, które pokaźnie się spóźniają, szlag by to, tak to jest, jak się umawia z niedoświadczonymi! Potem szukać ich jak igieł w stogu siana, bo albo źle trafią, albo się zgubią po drodze, albo przestraszą… a z nami nie ma się co bać, wie pan, panie Nikt, mamy tu i prawdziwego rycerza, i czarodziejkę, no i najlepszego kucharza, oczywiście chodzi o mnie, ale wierzę, że pan również świetnie gotuje! Ach, rozgadałem się, a może pan również powie coś o sobie, bo tak mi dziwnie, kiedy pan tak milczy…

Cóż za gaduła! Zdaje się, że gdyby nie naturalna potrzeba grzeczności i udzielenia głosu rozmówcy, to mógłby mówić i mówić, i mówić. Zupełne przeciwieństwo Lionela, który zastanawiał się, jak odpowiedzieć na monolog krasnoluda jak najbardziej zdawkowo i uprzejmie.

– Dziękuję, panie Senshi. Jak pan wie, nazywam się Nikt i jestem kucharzem od niedawna, ale liczę, że pod pańską tutelą uda mi się rozwinąć skrzydła i zyskać nowe doświadczenia.

– Dobrze powiedziane, dobrze powiedziane – zarechotał rozmówca. – Małomówny pan jest, co? Proszę się nie bać, weźmiemy pana w obroty i zaraz będzie pan najlepszym kucharzem na kontynencie!

Tymi słowami Senshi – oczywiście nieświadomie, niemniej prawdziwie – przypieczętował los Lionela. Los upatrzył sobie nieszczęśliwego piłkarza i postanowił dać mu kolejną szansę na sukces, tym razem nie w piłce i bramce, a w widelcu i rożnie. Ale to historia na inną godzinę 5:30.

Notes:

Z pozdrowieniami dla wszystkich, którzy wolą spać o 5:30, gdy biedny Lionel marznie.